poniedziałek, 13 lipca 2015

Rozdział II

Rozdział II
(Nie) gościny gościniec i jego goście, czyli hobbity wpadają w kłopoty
Percy? - Do moich uszu dobiegł z oddali jakiś ciepły,przyjazny głos.

- Poddaj się... Wiem gdzie jesteś.- Czułem, jakby głowa miała mi zaraz wybuchnąć. Jeśli to miał być śmiech, to nie chce wiedzieć, jak brzmi jego płacz. - Ja nigdy nie płaczę.
- Mógłbyś dać mi spokój? - spytałem, czując się jak mysz błagająca kota o litość.
- Oczywiście, Perseuszu. Oczywiście. - odparł.

Wielkie oko, które poniekąd przypomniało kocie oko, po raz kolejny zaczęło wpatrywać się we mnie, jakby chciało mnie zabić. Swoją drogą, ludzie często mówią, że ktoś zabija wzrokiem. Ale chyba mówiąc to, nie zdają sobie nawet sprawy, że istnieją takie spojrzenia, które naprawdę mogą zabić. To właśnie takie było - pełne nienawiści, determinacji i prawdziwego zła...
I nagle obraz się urwał.
Nigdy, prze nigdy nie cieszyłem się tak z otaczających mnie ciemności. Miałem zamknięte oczy, lecz bałem się je otworzyć. Bałem się również trwać dalej w tym mroku, w końcu Oko znów mogło mnie dopaść. Ze zdziwieniem zauważyłem, że palec na, którym nosiłem pierścień, już nie bolał. Czyżbym go zdjął? Otworzyłem oczy. Sięgnąłem do kieszeni, gdzie powinien być, jeśli bym go schował. Z przerażeniem stwierdziłem, że nie ma go tam. Zerknąłem do drugiej kieszeni – tylko garść papierków, suchych liści i nic więcej. Zerwałem się z posłania i rozejrzałem się wokoło. Odetchnąłem z ulgą – był koło mojego koca. Uważnie przeczesałem wzrokiem okolice. Jeszcze nie świtało, ale pojawiła się już poranna mgła, a niebo powoli jaśniało. Teraz przybrało granatowy odcień. Wszyscy jeszcze spali, szybko schowałem pierścień do kieszeni. Z oddali dochodziło do mnie rżenie konia. To było naprawdę dziwne, ponieważ wszyscy hobbici poruszali się tylko i wyłącznie pieszo. W końcu na 7-dniową wyprawę ( z czego 4 dni to była nużąca wędrówka ) nie trzeba zabierać za wiele.

- Perseusz Jackson jak mniemam? - spytał ten sam przyjazny głos.

Podskoczyłem i odwróciłem się. Z tyłu za mną stał facet w średnim wieku. To pewnie jego koń. Prawdopodobny właściciel zwierzęcia był znacznie wyższy ode mnie, wzrostem mógł przerastać nawet niektórych ludzi, choć tych niewielu widziałem. W jego brązowych oczach widać było łobuzerskie ogniki. Włosy miał ciemne, gdzieniegdzie siwe. Poza tym miał gęsty zarost na brodzie.
Ciekawostka roku:
Czy wiedzieliście, że w męskim zaroście jest więcej zarazek niż w toalecie?
Chyba, wolelibyście tego nie wiedzieć. Wracajmy do tematu...

- Moja mama pana wezwała? - spytałem przerażony. Po czym zganiłem się w myślach:Trzeba było spytać jak ma na imię i czego chce. Ach.. Percy, Percy ty nic nie wiesz o życiu. Zginiesz we własnym domu, ot co.

Moja matka była bardzo dobra i troskliwa. Czasem nawet za bardzo. To właśnie tak ( jak już chyba wspomniałem) poznałem Grovera. Choć był w moim wieku, moja matka wynajęła go, aby robił mi za opiekunkę. Ku mojemu początkowego niezadowoleniu zgodził się, ponieważ – jak sam powiedział - z powodu swoich nazbyt owłosionych nóg, nie miał zbyt wielu znajomych, zawsze był wyrzutkiem i odludkiem. Był to dla niego szansa, dla mnie z początku kara. Z czasem, jednak staliśmy się kumplami. Jednak wizja kolejnej niańki niezbyt mi przypadła do gustu, ponieważ ten mężczyzna był znacznie starszy.
Nieznajomy w szarej opończy, wybuchł śmiechem.

- Odwiedzałem kiedyś twoją matkę i wiem, że bardzo się o ciebie troszczy, jednak zapewniam cię, że żadne obietnice nie byłby w stanie zachęcić mnie do opieki nad jakimkolwiek dzieckiem. Zbyt duże to byłoby ryzyko. - odparł.
- Dla pana czy dziecka? - spytałem. Dopiero po wypowiedzeniu słów, zrozumiałem, że to mogło zabrzmieć niegrzecznie.
- Dla świata. - odparł. Dosłownie opadła mi szczęka.
- A to pan jakimś królem jest?
- Jam jest Chejron Szary. Czarodziej. Jeden z Rady Mędrców. Mógłbym wymieniać dalej, ale i tak niewiele z tego zrozumiesz... - odpowiedział. A ja dopiero co zebrałem szczękę z podłogi...
- A co ktoś tak wielki jak pan robi tutaj?

Rozejrzał się, jakby to była jakaś wielka tajemnica i uważnie przyjrzał się jednej z hobbitek, która właśnie przewracała się na drugi bok. Gestem ręki pokazał, bym poszedł za nim.Wziąłem ze sobą koc i sprawdziłem czy Pierścień wciąż znajduje się w mojej kieszeni.Weszliśmy na drogę. Szliśmy w ciszy aż w końcu odważyłem się zapytać:

- Pan, to pewnie jakiś wielki czarodziej? Co kogoś takiego tu sprowadza? Z pewnością nie zbieranie pieczarek.
- Po pierwsze: wcale nie wielki. Są potężniejsi ode mnie. - Otworzyłem usta by zadać kolejne pytania. - Uprzedzając kolejne pytanie – najsilniejszym z czarodziei jest Kronos. - I widząc moją minę dodał: O nim potem. Teraz powiedź mi Percy, jak dojść do Jeleniska? - Wzruszyłem ramionami w geście niewiedzy. - A do Starego Lasu? Albo do Hobbitonu? A jak dojść stąd do domu? To co ty wiesz?
- Wiem, że nic nie wiem.-odpowiedziałem <uwaga, mądre słowo> Sen-ten-cjo-nal-nie.

Czarodziej nie wyglądał na zadowolonego. Zmarszczył brwi – jakby próbował sobie coś przypomnieć.

- Głupio zrobiłeś, że wziąłeś ten... – tutaj na chwilę przerwał. – skarb. Teraz Nieprzyjaciel łatwo cię odnajdzie, jednak jeśli wyruszysz teraz, to może zyskasz nad nim przewagę. Obawiam się, jednak że bez pomocy innych nie dasz sobie rady.
- Po co miałby mnie szukać? Jaki Nieprzyjaciel? Jaki Pierścień? - zadałem masę pytań I dodałem. - Ja nic o żadnym pierścieniu nie wiem.

Chejron posłał mi smutny uśmiech:

- A więc Kronos się nie mylił. To ty go masz .
- Mówiłem, ja nic o żadnym Pierścieniu nie wiem. - powiedziałem I dodałem poprawiając koc. - Żegnam. Idę spać.
I odwróciłem się od niego, zacząłem powolnym krokiem, iść w stronę obozowiska.
- Tylko wiesz, Percy, ja nic nie mówiłem, o żadnym Pierścieniu. - oznajmił czarodziej. Zatrzymałem się. - Nie wiem czy kiedyś to słyszałeś:

Trzy Pierścienie dla królów elfów pod otwartym niebem,*
Siedem dla władców krasnali w ich kamiennych pałacach,
Dziewięć dla śmiertelników, ludzi śmierci podległych,
Jeden dla Władcy Ciemności na czarnym tronie
W Krainie Mordor gdzie zaległy cienie,
Jeden, by wszystkimi rządzić, Jeden, by wszystkie odnaleźć,
Jeden, by wszystkie zgromadzić i w ciemności związać
W Krainie Mordor, gdzie zaległy cienie

- Aaa to – mruknąłem i odwróciłem się w jego stronę. - Taaak wiem, a raczej zgaduję, to jakaś prastara straszliwa rymowanka, która musi zostać spełniona, bo nasz świat zrobił – łubudu i KONIEC. Ale żeby było tragiczniej to przepowiednia wybiera se wybrańców, którzy muszą zrobić coś tak groźnego, że wszyscy na milion procent umrą, ale ostatecznie przeżyją. No i ogólnie jest mrhocznie i niebezpiecznie. Jak w książkach.
Mędrzec spojrzał na mnie z politowaniem.
- Chciałem wytłumaczyć ci o co w tym wszystkim chodzi, ale zdaje mi się, że nie za wiele zrozumiesz... W każdym bądź razie – musisz zapamiętać by NIGDY więcej nie używać Pierścienia! To może sprowadzić na nas wszystkich wielkie nieszczęście.
- Jeden Pierścień by aferę wywołać.- sparodiowałem jeden wers uroczej rymowanki.
- Widzę, że nie doceniasz wroga. To duży błąd, Perseuszu. Otóż widzisz początek historii tego Pierścienia sięga dalszych czasów, niż mógłbyś to sobie wyobrazić. Został on stworzony przez Saurona, w Ogniu Góry Przeznaczenia. Wlał w niego całe swoje okrucieństwo. Podczas bitwy z Ostatnim Przymierzem, Isildur [Jakbym ja miał wiedzieć o kogo chodzi... ] Jakby ci to opowiedzieć byś zapamiętał... No, więc Isildur pękniętym mieczem, swojego ojca [ jestem przykładny narrator – do dziś nie pamiętam nie istotnego imienia, ojca nie istotnego bohatera] odciął mu palec na, którym nosił Pierścień...
Skrzywiłem się. I mruknąłem:Urocza, historia.
Wielu próbowało, go przekonać, by go zniszczył, ponieważ Pierścień to główne źródło mocy Nieprzyjaciela. - ciągnął dalej.- Ale on nie miał zamiaru niszczyć Pierścienia. Uważał, że Pierścień mu się należy, że jest jego... „Skarbem” [gdzie ja to już słyszałem?]Pewnego razu wpadł wraz z swoim oddziałem w zasadzkę orków na Polach Gladden. [Gdzie to?] W desperacji rzucił się do rzeki, a strzały orków go dopadły. [Cudowne.] Od tamtego czasu słuch o Pierścieniu zaginął, by po wielu wiekach znów zrobiło się o nim głośno, gdy pewien mały hobbit zamiast szukać pieczarek, odnajduje OGROMNE problemy.
- Jakie tam, problemy? - spytałem podchodząc do sprawy na luzie. - Mogę go zniszczyć nawet w tej chwili.
Po tych słowach, wyjąłem Pierścień z kieszeni. Jakby go tu zniszczyć? Nie. Lepiej tego nie robić.
Chwila. Co ja mówię?! Mogę, go zniszczyć, mogę to zrobić,mogę, naprawdę go nie potrzebuję i mogę go zniszczyć. Nie. To nie ma sensu. Ja nie mogę tego zrobić.
Czarodziej spojrzał na mnie I zmarszczył brwi.
- Widzisz? Nawet teraz masz problem z samą myślą o zniszczeniu go. A już nie mówiąc o zrobieniu tego. - stwierdził I dodał. - Musisz wiedzieć, że Pierścienia nie da się stopić w ogniu, nie da się też go zniszczyć przy pomocy siły. Jednym sposobem, by go zniszczyć to wrzucić go do ognia, w którym powstał. - powiedział i oznajmił zmieniając temat - Poza tym, gdybyś był trochę bardziej uważny, wiedziałbyś, że przez las, w którym jesteś przebiega Wielki Wschodni Gościniec. I ta właśnie droga doprowadzi cię do Rivendell. [yyy. Co? ] Jednak lepiej by było, gdybyś nie chodził znanymi ścieżkami. Ale cóż czynić, skoro ty to ty! Obawiam się, że nawet na prostej ścieżce się zgubisz.- podsumował Chejron. - Czas mnie goni, lecz nie obawiaj się, odnajdę cię w gospodzie:”Pod rozbrykanym kucykiem” - w miasteczku Bree. Czekaj tam na mnie, a po drodze nie rozmawiaj z nikim obcym. Czy to nie będzie dla ciebie zbyt trudne?
Pokiwałem głową. Co to dla mnie. Nie wiem o co w tym wszystkim chodzi, nie wiem co mam zrobić, gdzie mam iść, ani jak iść, nie wiem kto będzie mi pomagał, a kto zagrażał.. Ale spoko luz, dostarczę pierścionek tam gdzie trzeba. Spojrzałem na czarodzieja I nagle w głowie zaświtała mi genialna myśl.
- Ej, chwilunia skoro ty jesteś superekstra magiem to weź sobie mój Pierścień I róbta z nim co chceta.
- Nie mogę. Nie dlatego, że nie chce, lecz dlatego, że gdyby Pierścień mnie “opętał” to losy wszystkich stanęłyby pod wielkim znakiem zapytania.[Jakby już teraz tak nie było] - odparł. - A teraz muszę już iść. Do zobaczenia – miejmy nadzieję niedługo. Pamiętaj:Nikomu nie ufaj I nigdy nie podawaj swojej prawdziwej tożsamości. Nieprzyjaciel wie o tobie więcej niż cię się wydaje. Od dziś nazywasz się: Frodo Baggins. I nigdzie nie zatrzymuj się bez potrzeby: czas gra, niestety, na twoją nie korzyść. Ufam, że trafisz do celu cały I zdrowy. A teraz żegnaj!
I tak sobie po prostu zniknął.
- No, nieźle. Bo to, jak mnie opęta to nie będzie żadnego problemu! - szepnąłem wściekły. - Jestem sobie tylko małym hobbitkiem! Co ja mogę?
- Z naszą pomocą dużo. - wtrącił Grover, który pojawił się ni stąd ni zowąd. - Wraz z Nico i Tysonem idziemy z tobą.
- A macie mapę czy coś? - spytałem.
Nico posłał Groveroi jakieś dziwne, pytające spojrzenie. Grover chciał coś odpowiedzieć, lecz wtedy usłyszeliśmy donośny tupot. Ktoś nadchodził. Wstrzymaliśmy oddechy. Nico po cichu wycofał się w cień drzew. I wtedy go ujrzeliśmy. Czarnowłosy, wyszedł z cienia I krzyknął:
- No w końcu, Tysonie! Już myśmy myśleli, że nie przyjdziesz.

Chciałem coś dodać. W końcu Tyson, niósł na plecach duży plecak, a w jednej dłoni trzymał jakiś worek ( przypomniał worek po ziemniakach), a przez drugie ramie miał przerzucony tobołek. Na głowie miał śmieszny, farmerski kapelusz. Wyszliśmy mu naprzeciw. Pierwszy odezwał się Grover:

- Skąd ty tego tyle wziąłeś? Mówiłem – masz się zmieścić w plecaku! Miałeś wziąć koce, prowiant I wodę!
- Wziąłem twoje piszczałki, koce, krzesiwo, kilogram ziemniaków, trochę liści mięty na herbatkę, klopsiki w słoiku[Do dziś nie wiadomo, skąd on takowe wziął. Swoją drogą - były spleśniałe.], no oczywista trochę wody, karty, nożyczki, 4 kredki:białą,różową, czerwoną, zieloną i mojego pluszowego zielonego pegaza – odpowiedział I dodał. - No, co nie można zabrać, przytulanki?

Nico posłał mu wrogie spojrzenie.

- A o mapie to nie pomyślałeś?

Pewnie dodał by coś jeszcze, gdybym nie uciął tej gadki pytając:

A jak ty się tak szybko spakowałeś?
- Widzisz... Gdy ty spałeś ten czarodziej, kazał nam się spakować. - oznajmił Grover. - Ale wiesz ciekawość nie zna granic i wszystko zwaliliśmy na Tysona, a sami podsłuchaliśmy waszą rozmowę... Chyba musimy już iść, co nie? Zastanawia mnie tylko co się stanie z naszymi grzybami...

Najpierw odciążyliśmy trochę Tysona. Mnie przypadł tobołek. Po kilku minutach wyruszyliśmy. Niewiele mówiliśmy. Powoli zaczynało się robić coraz jaśniej. Wiedziałem, że nie ma nawet jeszcze piątej. Nasza droga była bardzo nudna, nie było żadnych rozstajów tylko cała masa zakrętów. I wszędzie były drzewa. Drzewa, wszędzie drzewa! To chyba musi być las... Chociaż jest jeden plus: ten niezwykły zapach lasu.
Chciało mi się spać, patrząc na Grovera, zdawało mi się, że mu również. Spaliśmy może z cztery godziny. To zdecydowanie za mało. Ale Tyson zdawał się tego nie odczuwać, niemal biegł z przodu rozmawiając ze swoim pluszakiem. Zaś Nico powolnym krokiem, szedł z tyłu, nic nie mówiąc. Ja też się nie odzywałem, ale z innego powodu, albowiem cały czas ziewałem. Oczy mi się kleiły, a nogi odmawiały posłuszeństwa.
Weźmy zróbmy pooostój. - powiedziałem ziewając. Grover poparł moją propozycję.
Nico rozejrzał się wokoło, jakby się nad czymś zastanawiał. Natomiast Tyson słysząc o postoju – zszedł na prawo I zrobił kilka kroków w stronę wielkiego dębu. Zrzucił swój “bagaż” I położył się pod wielowiekowym drzewem. Grover uczynił to samo, ja również postanowiłem ułożyć się do snu, lecz gdy zdejmowałem z ramion mój tobołek, Nico dotknął mojego ramienia I powiedział:

- Ktoś nas śledzi. Powinniśmy stąd uciekać.
Odwróciłem się w jego stronę I spytałem:
- A masz pewność, czy to tylko przeczucie?

W milczeniu skierował się w stronę drogi. Niemal słyszałem jak mówi:Jeszcze tego pożałujesz.
____________________________

* Wiadomo, tekst pochodzi z WP
______________________________
Nwm co napisać. Ten rozdział jest taki nijaki. Miejmy nadzieję, że kolejny będzie ciekawszy. 
Kłania się nisko 
KAszmirowa

Trudneeeeeeeeeee Sprawy xD
Przyznać się kto ogląda? :D

poniedziałek, 6 lipca 2015

Rozdział I

Rozdział I
Na grzybobraniu, czyli dlaczego hobbity kochają pieczarki.
Mówią, że w straszliwych czasach, dzieją się straszliwe rzeczy.
Mówią też, że Księżyc jest zrobiony z sera.
Historia ta, choć opowiada o mrocznych, niepewnych czasach, wcale nie zaczęła się jakiegoś specjalnie wyróżniającego się dnia. (Jak to zwykle, przecież bywa) Z drugiej strony – może ta opowieść, wcale nie jest o mroku i niepewności, lecz o nadziei, przyjaźni, odwadze i oczywista - nie mogło zabraknąć  zwykłych, zwyczajnych wydarzeń. Chociaż może, właśnie to jedno zwykłe zdarzenie, które wydarzyło się, jednego zwykłego dnia, sprawiło, że losy wszystkich mieszkańców Śródziemia stanęły pod znakiem zapytania.
Był to 22 września – jeden z trzech dni podczas, których całymi swoimi myślami byłem pochłonięty jedną sprawą – grzybobraniem. (To oficjalna wersja. Nieoficjalnie była jeszcze jedna sprawa o, której cały czas myślałem. )Tradycją mieszkańców Shire, było wrześniowe grzybobranie, czy też raczej pieczarkobranie. Bo tylko te grzyby, hobbity < wiecie taka nowa forma odmiany owego rzeczownika > znają I kochają.
Istnieje o tym nawet legenda. Opowiada ona o czasach niewyobrażalnie odległych. Kiedy to na ziemiach Śródziemia pojawili się pierwsi hobbici. Po coś tam wędrowali – po co nie wiem nie słuchałem dokładnie. I pewnego dnia podczas przeprawy nad rzeką – stracili cały swój prowiant. A, że to była jesień próżno było szukać jakichkolwiek owoców. Przez kilka dni wędrowali bez jedzenia. W końcu, w środku lasu, głód, który ich opanował był nie do zniesienia. Zatrzymali się I upadli tam gdzie stali. Lecz wtedy jeden z nich znalazł pod drzewem “las grzybów” - jak się potem okazało pieczarek. Od tamtego czasu hobbity wierzą, że każda zebrana pieczarka to jeden szczęśliwy dzień. Analogicznie <widzicie jakich mądrych słów używam?> zebranie jednego muchomora równa się jeden pechowy dzień.
Z teorią, że każdy grzybek równa się jeden szczęśliwy dzień muszę się zgodzić. Albowiem po grzybobraniu, zawsze przychodzi czas na “sezon zupy grzybowej”Najlepsza takowa  znajduje się w gospodzie „Pod Mrocznym Pegazem”, jest ona ulubioną potrawą nie tylko hobbitów, ale też i zagranicznych przybyszy. Uwielbiam grzybową zupę. Wiem to bardzo dziwne, tak bardzo kochać zupę. Tak zwariowałem, zbzikowałem I najlepiej to by było mnie teraz zabić, ale powiem Wam coś w sekrecie:Tylko fani zupy grzybowej są coś warci!
(Audycja zawierała lokowanie produktu)
Zbliżała się pora obiadu. Czułem to, całym sobą. Głodny, hobbit to zły hobbit. 
Słońce było już w zenicie. Na niebie było tylko kilka chmurek. Wszyscy hobbici, którzy przybyli tu razem z nami, zebrali się na niewielkiej polanie. Zaczęto rozpalać ogniska.(Zazwyczaj przy każdym takowym było z trzech - czterech hobbitów ) Ja zaś – udałem się do mych przyjaciół. Jeden z nich – najmłodszy z naszej paczki -  Tyson, który był moim kuzynem - jednostka bardzo osobliwa. Urodził się ślepy na jedno oko. Niektórzy uważają, że jest on trochę < a nawet bardzo> pokręcony. Ale cóż, czynić? To mój kuzyn, a członków rodziny się nie wybiera, nawet jeśli w tej właśnie chwili podśpiewuje sobie jakąś kołysankę. Obok niego siedział Grover, który gdy tylko przyszedłem, wstał I zaczął mnie wypytywać, czemu mnie tak długo nie było i co takiego robiłem. Stojący niedaleko Nico, który swoją drogą był bardzo osobliwym hobbitem. Uwielbiał cień i samotność, i nie lubił zupy grzybowej! Ale było w nim coś co kazało mi się z nim trzymać. Przeczucie czy coś. Może współczucie. W najgorszym przypadku przeznaczenie.
- No, więc Percy, co takiego robiłeś? - spytał po raz kolejny Grover. - Z pewnością nie zbierałeś grzybów. - dodał patrząc na mój koszyk.
Powód był tylko jeden – Ona. Mówi się, że to elfy są najpiękniejszymi istotami na świecie, ale przy niej, to one wyglądają jak ja z rana. Co prawda nigdy nie widziałem elfów, ale ona... Ona była jak dżem w naleśnikach, mojej mamy. Jak zupa grzybowa.
To nie zabrzmiało zbyt romantycznie. Ale ludziki, ja hobbit, nie żaden poeta. Chociaż może kiedyś... Napiszę balladę o Zupie Grzybowej. Albo o Jej cudnych oczach.
- Percy, błagam. Ostatnio kiedy się zakochałeś, to o mały włos, a byłbyś martwy. Mam ci przypomnieć? Skoczył byś z klifu, tylko po to by zdobyć trzy zakichane kwiatki, które gęsto rosły na polanie 2 metry dalej.- mruknął Grover, odgadując moje myśli. - Mówię ci to się skończy tragicznie.
Bez przesady. - odparłem, po czym machnąłem lekceważąco ręką. Usiadłem koło niego I spytałem:Co dziś na obiad?
O hobbitowych obiadach mógłbym opowiadać całymi dniami .O tych, które odbywają się podczas grzybobrania nie ma sensu opowiadać, bo jeden taki obiad to wydarzenie, godne własnej książki. Wynika to z tego, że w jednym miejscu pojawiają się hobbici z całego Shire. I wybuchają niezłe kłótnie ( “On ukradł mi grzyba”, “Nie to był on”, Albo:”Co ty z tymi grzybami zrobiłeś?”, “Pamiętam cię! To twoja babcia, zjadła kapcia mojemu dziadkowi 200 lat temu podczas grzybobrania.” ) Oczywista, gdyby obiady polegały tylko na kłóceniu się – nikt by na nie nie przychodził, albowiem poza tym szczegółem, cała reszta jest wspaniała. Starsi hobbici opowiadają niesamowite historie. Młodsi – w tym Grover – śpiewali I grali na instrumentach ( mój ziomek robił to drugie – grał na piszczałkach ) Podczas długiego, naprawdę długiego, nawet jak na hobbity obiadu, złożonego z naprawdę wielu potraw, udało mi się Nią porozmawiać. To było wtedy, gdy po raz kolejny ją zobaczyłem, zauważyłem, że pożycza innym sztuczce. Podszedłem do niej.
- Percy, uważaj na siebie – powiedział Grover, który na chwilę przerwał swój koncert.
- Luzik – arbuzik. Nic mi nie będzie. - odparłem I ruszyłem przed siebie.
Stanąłem za nią I klepnąłem ją w ramię. Chyba trochę za mocno. Sztuczce wypadły jej z rąk.
- Pomogę pozbierać. - oznajmiłem I dodałem. - Ładny widelec, Percy jestem. A ty?
Hobbitka chwyciła owy widelec w dłoń I pomachała mi nim przed oczami<oczyma?>. Jaka ona jest ładna.
- Zaraz twoja ładna główka przypadkiem się w niego wbije. - zagroziła I dodała. - Annabeth. Annabeth Chase z Hobbitonu.
- To dlatego cię nigdy wcześniej nie spotkałem! - wykrzyknąłem.-Bo wiesz ja jestem z Nad Rzeki. Zapraszamy na ryby.
- Nie dzięki.... Chyba, że będę musiała. - odparła. Wiedziałem! Te szczury lądowe, w życiu nie pójdą nad wodę! Ech, ale czemuż mi to robisz, najdroższa?
- Ej, czemu? - spytałem ze smutkiem.
- Grover wspomniał, że ponoć ślinisz się przez sen. - odpowiedziała I poszła sobie, zostawiając mnie z “ładnym widelcem”
- Zabiję cię Grover. Zabiję. - mruknąłem I udałem się w stronę naszego ogniska.
Gdy dotarłem nie zastałem ani Grovera ani Nica. Wraz z Tynsonem, który właśnie kończył gasić nasze ognisko, przepakowałem grzyby do innego koszyka, I samotnie ruszyłem, w stronę lasu. Szedłem do przodu, nie zważając na nic. Czułem potrzebę, "iścia"< czy jak to się mówi, pamiętajcie, ja jestem tylko hobbitem > do przodu. Potrzebowałem chwili wytchnienia. Kiedy wrócę do domu, wcale nie będzie tak kolorowo. Mama dalej będzie udawać, że jest szczęśliwa z moim ojczymem. A on będzie nami rządzić. Moje cudowne życie.
 Nawet nie zauważyłem, kiedy na niebie pojawił się nów księżyca. Noc robiła się coraz ciemniejsza.Tam u góry, widać było coraz więcej gwiazd, tylko one wraz z niewielką częścią księżyca, oświetlały otoczenie. Rozejrzałem się wokoło. Wszędzie drzewa. Przecież jesteś w lesie, durniu. Ale one wyglądały przerażająco.Jakby chciał mnie zaatakować. Wysokie na kilkadziesiąt metrów. A ja taki niziutki. Poczułem jak chłód zamraża me policzki, a także i serce. Straciłem zdolność rozsądnego myślenia.Czułem się taki samotny. To będzie mój koniec.
- Czyżby mały hobbit się zgubił? Gollum. Gollum. Nie ładnie tak ssssameu w lesie hassać. Gollum.- powiedział ktoś za mną. Gdy się odwróciłem – to coś było na mnie.
To coś miało wielkie niebieskie oczy, który błyszczały nieopisanym szaleństwem., dwa rude włosy na środku głowy I było strasznie chude. Leżało na mnie I zaczęło gryźć mój bark. Wbiło się bardzo mocno. Czułem jak krew spływa po moim ciele. To uczucie mnie osłabiło. Strach ogarniał mnie coraz bardziej. Zostanę zjedzony, przez to dziwne coś. Idealna śmierć. Ostatkami siły zacząłem to coś kopać na oślep, lecz ono dalej mnie gryzło. Przypomniało mi się jak kiedyś mój ojczym kupił sobie psa... Na myśl o ojczymie zrobiło mi się nie dobrze I zebrałem wszystkie siły by trafić go w brzuch. Z ból, wydał dziwny okrzyk I zemdlał. Szybko go zrzuciłem go z siebie. Obym, go tylko nie zabił. Walka z tym czymś, choć było mniejsze, strasznie mnie osłabiła. Zmęczony położyłem się na twardej I nie równej ściółce .Rozłożyłem ręce I nagle – moja prawa dłoń dotknęła czegoś, co wcale w dotyku nie przypomniało darów natury. Usłyszałem, że cosiek, który mnie zaatakował zaczyna się budzić. Schowałem to coś do kieszeni I pobiegłem w stronę, z której przyszedłem. Słyszałem, że to coś biegnie za mną. Po kilku minutach, nie miałem już sił. Zdyszany I spocony usiadłem pod drzewem. I wtedy coś w głowie zaszeptało mi, abym sprawdził, co takiego jest w mej kieszeni. Gdy to wyjąłem zobaczyłem złoty pierścień. Niby wyglądał jak zwyczajna obrączka, ale nie miał żadnych rys. Był idealny. Nałożyłem go na palec. I wtedy pojawiło się to coś. Nawoływało:Złodziej!Ukradł ssskarb!Ukradli sssskarb!
Krążył wokół drzewa, lecz zachowywał się tak jakby mnie nie widział. Gdy ono stwierdziło:Złodzieja tu nie ma sssskarbie.
Uznałem, że to wystarczający dowód na to, że naprawdę mnie nie widział.Niesamowite. Wałęsał się jeszcze chwilę po okolicy. A gdy odszedł, poczekałem jeszcze kilka minut. Siedziałem tak – niewidzialny dla świata, zaspany, spocony, głodny I spragniony. Serio wolałbym znaleźć się w ciepłym domku. Tylko pierw tylko trzeba go znaleźć. Wstałem I poszedłem przed siebie. Potem skręciłem trochę w lewo. Zamknąłem oczy I przez chwilę szedłem na oślep. Oczywista skończyło się to spotkaniem twarzą w twarz z drzewem. Otarłem czoło I wytężyłem słuch. Ktoś mnie woła! Ta myśl dodała mi wigoru. Nawoływanie nie ustawało, a ja podążałem za głosem. I gdy znalazłem się na drodze, ujrzałem Annabeth. Ta o dziwo, dalej wołała:Percy, durniu, gdzie ty jesteś?!
O co tu chodzi? Ja chce znów być widzialny! Pierścień zaczął mi ciążyć, więc postanowiłem go zdjąć. Annabeth podskoczyła.
- Percy, to już drugi raz w tym samym dniu, kiedy mnie straszysz. To nie jest śmieszne. - powiedziała I spytała mierząc mnie podejrzliwym wzrokiem nr 5 mojej mamy. - Co ty robiłeś?-
- Zbierałem grzyby. - odparłem. Nie byłem w nastroju do rozmowy. Byłem zmęczony. Bardzo. Bardzo zmęczony. Ona tego jednak nie rozumiała I przez całą drogę szła przede mną, gadając o jakiś wieżach. Fascynujące.
W końcu znaleźliśmy się na polanie. Zrobiło mi się smutno, ponieważ moich przyjaciół odnalazłem przy naszym ognisku. Grover I Tyson uczyli się jakieś nowej piosenki. A Nico dokładał do ognia. A więc mnie nie szukali. I tak nagle sobie przypomniałem:jutro miał być ostatni dzień trzydniowego grzybobrania. Zabawne, że ja nie zebrałem jeszcze jednego. Po kolacji większość udała się na spoczynek – w tym Tyson I Nico. Zaś niewielka grupka ciekawskich hobbitów została przy największym ognisku I zaczęła słuchać opowieści starych hobbitów. Wiedziałem, że te obiadowe historie różnią się od tych nocnych. Te drugie były straszniejsze. I prawdziwsze. Stary Rich Jackson – wujek mojej matki I jedyny w rodzinie, który odważył się opuścić Shire – zaczął opowiadać najbardziej absurdalną historię jaką słyszałem w, której jeden hobbit utopił drugiego tylko po to, by otrzymać cenny pierścień. Potem wszyscy się rozeszli uznając, że takie wydarzenia nie mogły się nigdy zdarzyć, w końcu my hobbity to miłe stworzonka. Położyłem się pomiędzy chrapiącym Tysonem, a wyglądającym jak martwy Nico. Otuliłem się kocem I zasnąłem.
Nigdy. Nigdy, przez nigdy nie miałem tak strasznego snu. Widziałem Wielkie Oko. Nawet nie wiem skąd przyszła mi ta nazwa. Czułem, że tak chciał by to coś nazywać. Wyglądało jakby cały czas płonęło. A czarna źrenica wnikliwie się na mnie patrzyła. Zdawała się mówić:Próżne twe wysiłki... I tak cię znajdę! Później w mojej głowie rozległ się nie opisywalny krzyk. Czułem, że to coś przeszukuje moją pamięć. Pierwsze spotkanie z Nico. Ojczym, który poniżał moją matkę. Mama kiedy robi z Grovera moją niańkę.Niebieskie naleśniki. I wreszcie znalazł to czego szukał, to czego szukał, powtórzył to tylko raz, jakby to miało być ostrzeżenie – Shire, Nad wodą. Cieszył się, że znalazł informację, której potrzebował. Sparaliżowany nie mogłem się obudzić. Czułem jak pierścień, założony na serdecznym palcu prawej dłoni (nawet nie wiem kiedy go założyłem) palił I ściskał mój palec. Ból promieniował na całe ciało.
To był jedyny taki pierścień. Jego Pierścień. A ja go ukradłem.
__________________________________
Jeśli chodzi o pomysł z pieczarkami, to wcale nie jest tak wielka inwencja twórcza, otóż Toliken też wspomina o tym, że hobbity pieczarki lubiom xD
Mam nadzieję, że komuś się to spodobało - kolejny rozdział za tydzień.
Czy tylko mnie to bawi? :D



Kłania się nisko 
KAszmirowa

niedziela, 5 lipca 2015

Powitanie

Witam wszystkich ( a zwłaszcza herosów ) w moich skromnych blogach.
Mój blog będzie FF o Percym Jacksonie, którego osadziłam w nietypowej roli.
Gdy czytałam "Władcę Pierścieni" zaczęłam się zastanawiać - co by było gdyby to Rick Riordan, a nie J.R.R Toliken napisał książkę o Śródziemiu?
Tak przez kilka miesięcy kształtował się pomysł o Percym Jacksonie w roli powiernika Pierścienia.
Prawie wszystkie postacie rozpoznacie z książek Riordana, jednak Sauron, zostaje Sauronem. Wiecie, Sauron Nie Zastąpiony.

Pierwszy rozdział ukaże się jutro. Daruję sobie jakiekolwiek prologi < w końcu każdy kto zechce się zabrać za tą historię, zna choć trochę, o co biega w jednym i drugim >
Moje umiejętności pisarskie nie są zbyt duże, o czym zresztą się przekonacie. Zdaję sobie sprawę, że większość fanów PJ, pisze znacznie lepiej niż ja, ale czymś muszę się zająć w te wakacje :D
Wiele razy próbowałam dokończyć coś co zaczęłam pisać i tylko jeden raz mi się udało - był to one-shoot.
Miejmy nadzieję, że tym razem będzie inaczej.
Jeśli chodzi o fabułę - z góry zaznaczam, że opko nie będzie tak długie jak oryginalne książki. Jest to moja własna wizja, która znacząco różni się od pierwowzoru mistrza Tolikena.
Kłaniam się nisko.
Kaszmirowa