Rozdział II
(Nie) gościny gościniec i jego goście, czyli hobbity wpadają w kłopoty
Percy? - Do moich uszu dobiegł z
oddali jakiś ciepły,przyjazny głos.
- Poddaj się... Wiem gdzie jesteś.-
Czułem, jakby głowa miała mi zaraz wybuchnąć. Jeśli to miał
być śmiech, to nie chce wiedzieć, jak brzmi jego płacz. - Ja
nigdy nie płaczę.
- Mógłbyś dać mi spokój?
- spytałem, czując się jak mysz błagająca kota o litość.
- Oczywiście, Perseuszu.
Oczywiście. - odparł.
Wielkie oko, które poniekąd
przypomniało kocie oko, po raz kolejny zaczęło wpatrywać się we
mnie, jakby chciało mnie zabić. Swoją drogą, ludzie często
mówią, że ktoś zabija wzrokiem. Ale chyba mówiąc
to, nie zdają sobie nawet sprawy, że istnieją takie spojrzenia,
które naprawdę mogą zabić. To właśnie takie było - pełne
nienawiści, determinacji i prawdziwego zła...
I nagle obraz się urwał.
Nigdy, prze nigdy nie cieszyłem się
tak z otaczających mnie ciemności. Miałem zamknięte oczy, lecz
bałem się je otworzyć. Bałem się również trwać dalej w
tym mroku, w końcu Oko znów mogło mnie dopaść. Ze
zdziwieniem zauważyłem, że palec na, którym nosiłem
pierścień, już nie bolał. Czyżbym go zdjął? Otworzyłem oczy.
Sięgnąłem do kieszeni, gdzie powinien być, jeśli bym go schował.
Z przerażeniem stwierdziłem, że nie ma go tam. Zerknąłem do
drugiej kieszeni – tylko garść papierków, suchych liści i
nic więcej. Zerwałem się z posłania i rozejrzałem się wokoło.
Odetchnąłem z ulgą – był koło mojego koca. Uważnie
przeczesałem wzrokiem okolice. Jeszcze nie świtało, ale pojawiła
się już poranna mgła, a niebo powoli jaśniało. Teraz przybrało
granatowy odcień. Wszyscy jeszcze spali, szybko schowałem pierścień
do kieszeni. Z oddali dochodziło do mnie rżenie konia. To było
naprawdę dziwne, ponieważ wszyscy hobbici poruszali się tylko i
wyłącznie pieszo. W końcu na 7-dniową wyprawę ( z czego 4 dni to
była nużąca wędrówka ) nie trzeba zabierać za wiele.
- Perseusz Jackson jak mniemam? -
spytał ten sam przyjazny głos.
Podskoczyłem i odwróciłem się.
Z tyłu za mną stał facet w średnim wieku. To pewnie jego koń.
Prawdopodobny właściciel zwierzęcia był znacznie wyższy ode
mnie, wzrostem mógł przerastać nawet niektórych
ludzi, choć tych niewielu widziałem. W jego brązowych oczach widać
było łobuzerskie ogniki. Włosy miał ciemne, gdzieniegdzie siwe.
Poza tym miał gęsty zarost na brodzie.
Ciekawostka roku:
Czy wiedzieliście, że w męskim
zaroście jest więcej zarazek niż w toalecie?
Chyba, wolelibyście tego nie wiedzieć.
Wracajmy do tematu...
- Moja mama pana wezwała? -
spytałem przerażony. Po czym zganiłem się w myślach:Trzeba było
spytać jak ma na imię i czego chce. Ach.. Percy, Percy ty nic nie
wiesz o życiu. Zginiesz we własnym domu, ot co.
Moja matka była bardzo dobra i
troskliwa. Czasem nawet za bardzo. To właśnie tak ( jak już chyba
wspomniałem) poznałem Grovera. Choć był w moim wieku, moja matka
wynajęła go, aby robił mi za opiekunkę. Ku mojemu początkowego
niezadowoleniu zgodził się, ponieważ – jak sam powiedział - z
powodu swoich nazbyt owłosionych nóg, nie miał zbyt wielu
znajomych, zawsze był wyrzutkiem i odludkiem. Był to dla niego
szansa, dla mnie z początku kara. Z czasem, jednak staliśmy się
kumplami. Jednak wizja kolejnej niańki niezbyt mi przypadła do
gustu, ponieważ ten mężczyzna był znacznie starszy.
Nieznajomy w szarej opończy, wybuchł
śmiechem.
- Odwiedzałem kiedyś twoją matkę
i wiem, że bardzo się o ciebie troszczy, jednak zapewniam cię, że
żadne obietnice nie byłby w stanie zachęcić mnie do opieki nad
jakimkolwiek dzieckiem. Zbyt duże to byłoby ryzyko. - odparł.
- Dla pana czy dziecka? - spytałem.
Dopiero po wypowiedzeniu słów, zrozumiałem, że to mogło
zabrzmieć niegrzecznie.
- Dla świata. - odparł. Dosłownie
opadła mi szczęka.
- A to pan jakimś królem
jest?
- Jam jest Chejron Szary.
Czarodziej. Jeden z Rady Mędrców. Mógłbym wymieniać
dalej, ale i tak niewiele z tego zrozumiesz... - odpowiedział. A ja
dopiero co zebrałem szczękę z podłogi...
- A co ktoś tak wielki jak pan robi
tutaj?
Rozejrzał się, jakby to była jakaś
wielka tajemnica i uważnie przyjrzał się jednej z hobbitek, która
właśnie przewracała się na drugi bok. Gestem ręki pokazał, bym
poszedł za nim.Wziąłem ze sobą koc i sprawdziłem czy Pierścień
wciąż znajduje się w mojej kieszeni.Weszliśmy na drogę. Szliśmy
w ciszy aż w końcu odważyłem się zapytać:
- Pan, to pewnie jakiś wielki
czarodziej? Co kogoś takiego tu sprowadza? Z pewnością nie
zbieranie pieczarek.
- Po pierwsze: wcale nie wielki. Są
potężniejsi ode mnie. - Otworzyłem usta by zadać kolejne
pytania. - Uprzedzając kolejne pytanie – najsilniejszym z
czarodziei jest Kronos. - I widząc moją minę dodał: O nim potem.
Teraz powiedź mi Percy, jak dojść do Jeleniska? - Wzruszyłem
ramionami w geście niewiedzy. - A do Starego Lasu? Albo do
Hobbitonu? A jak dojść stąd do domu? To co ty wiesz?
- Wiem, że nic nie
wiem.-odpowiedziałem <uwaga, mądre słowo>
Sen-ten-cjo-nal-nie.
Czarodziej nie wyglądał na
zadowolonego. Zmarszczył brwi – jakby próbował sobie coś
przypomnieć.
- Głupio zrobiłeś, że wziąłeś
ten... – tutaj na chwilę przerwał. – skarb. Teraz
Nieprzyjaciel łatwo cię odnajdzie, jednak jeśli wyruszysz teraz,
to może zyskasz nad nim przewagę. Obawiam się, jednak że bez
pomocy innych nie dasz sobie rady.
- Po co miałby mnie szukać? Jaki
Nieprzyjaciel? Jaki Pierścień? - zadałem masę pytań I dodałem.
- Ja nic o żadnym pierścieniu nie wiem.
Chejron posłał mi smutny uśmiech:
- A więc Kronos się nie mylił. To
ty go masz .
- Mówiłem, ja nic o żadnym
Pierścieniu nie wiem. - powiedziałem I dodałem poprawiając koc.
- Żegnam. Idę spać.
I odwróciłem się od niego,
zacząłem powolnym krokiem, iść w stronę obozowiska.
- Tylko wiesz, Percy, ja nic nie
mówiłem, o żadnym Pierścieniu. - oznajmił czarodziej.
Zatrzymałem się. - Nie wiem czy kiedyś to słyszałeś:
Trzy Pierścienie dla królów
elfów pod otwartym niebem,*
Siedem dla władców krasnali w ich kamiennych pałacach,
Dziewięć dla śmiertelników, ludzi śmierci podległych,
Jeden dla Władcy Ciemności na czarnym tronie
W Krainie Mordor gdzie zaległy cienie,
Jeden, by wszystkimi rządzić, Jeden, by wszystkie odnaleźć,
Jeden, by wszystkie zgromadzić i w ciemności związać
W Krainie Mordor, gdzie zaległy cienie
- Aaa to – mruknąłem i
odwróciłem się w jego stronę. - Taaak wiem, a raczej
zgaduję, to jakaś prastara straszliwa rymowanka, która musi
zostać spełniona, bo nasz świat zrobił – łubudu i KONIEC. Ale
żeby było tragiczniej to przepowiednia wybiera se wybrańców,
którzy muszą zrobić coś tak groźnego, że wszyscy na
milion procent umrą, ale ostatecznie przeżyją. No i ogólnie
jest mrhocznie i niebezpiecznie. Jak w książkach.
Mędrzec spojrzał na mnie z
politowaniem.
- Chciałem wytłumaczyć ci o co w
tym wszystkim chodzi, ale zdaje mi się, że nie za wiele
zrozumiesz... W każdym bądź razie – musisz zapamiętać by
NIGDY więcej nie używać Pierścienia! To może sprowadzić na nas
wszystkich wielkie nieszczęście.
- Jeden Pierścień by aferę
wywołać.- sparodiowałem jeden wers uroczej rymowanki.
- Widzę, że nie doceniasz wroga.
To duży błąd, Perseuszu. Otóż widzisz początek historii
tego Pierścienia sięga dalszych czasów, niż mógłbyś
to sobie wyobrazić. Został on stworzony przez Saurona, w Ogniu
Góry Przeznaczenia. Wlał w niego całe swoje okrucieństwo.
Podczas bitwy z Ostatnim Przymierzem, Isildur [Jakbym ja miał
wiedzieć o kogo chodzi... ] Jakby ci to opowiedzieć byś
zapamiętał... No, więc Isildur pękniętym mieczem, swojego ojca
[ jestem przykładny narrator – do dziś nie pamiętam nie
istotnego imienia, ojca nie istotnego bohatera] odciął mu palec
na, którym nosił Pierścień...
Skrzywiłem się. I mruknąłem:Urocza,
historia.
Wielu próbowało,
go przekonać, by go zniszczył, ponieważ Pierścień to główne
źródło mocy Nieprzyjaciela. - ciągnął dalej.- Ale on
nie miał zamiaru niszczyć Pierścienia. Uważał, że Pierścień
mu się należy, że jest jego... „Skarbem” [gdzie ja to już
słyszałem?]Pewnego razu wpadł wraz z swoim oddziałem w zasadzkę
orków na Polach Gladden. [Gdzie to?] W desperacji rzucił się
do rzeki, a strzały orków go dopadły. [Cudowne.] Od tamtego
czasu słuch o Pierścieniu zaginął, by po wielu wiekach znów
zrobiło się o nim głośno, gdy pewien mały hobbit zamiast szukać
pieczarek, odnajduje OGROMNE problemy.
- Jakie tam, problemy? - spytałem
podchodząc do sprawy na luzie. - Mogę go zniszczyć nawet w tej
chwili.
Po tych słowach, wyjąłem Pierścień
z kieszeni. Jakby go tu zniszczyć? Nie. Lepiej tego nie robić.
Chwila. Co ja mówię?! Mogę, go
zniszczyć, mogę to zrobić,mogę, naprawdę go nie potrzebuję i
mogę go zniszczyć. Nie. To nie ma sensu. Ja nie mogę tego zrobić.
Czarodziej spojrzał na mnie I
zmarszczył brwi.
- Widzisz? Nawet teraz masz problem
z samą myślą o zniszczeniu go. A już nie mówiąc o
zrobieniu tego. - stwierdził I dodał. - Musisz wiedzieć, że
Pierścienia nie da się stopić w ogniu, nie da się też go
zniszczyć przy pomocy siły. Jednym sposobem, by go zniszczyć to
wrzucić go do ognia, w którym powstał. - powiedział i
oznajmił zmieniając temat - Poza tym, gdybyś był trochę
bardziej uważny, wiedziałbyś, że przez las, w którym
jesteś przebiega Wielki Wschodni Gościniec. I ta właśnie droga
doprowadzi cię do Rivendell. [yyy. Co? ] Jednak lepiej by było,
gdybyś nie chodził znanymi ścieżkami. Ale cóż czynić,
skoro ty to ty! Obawiam się, że nawet na prostej ścieżce się
zgubisz.- podsumował Chejron. - Czas mnie goni, lecz nie obawiaj
się, odnajdę cię w gospodzie:”Pod rozbrykanym kucykiem” - w
miasteczku Bree. Czekaj tam na mnie, a po drodze nie rozmawiaj z
nikim obcym. Czy to nie będzie dla ciebie zbyt trudne?
Pokiwałem głową. Co to dla mnie. Nie
wiem o co w tym wszystkim chodzi, nie wiem co mam zrobić, gdzie mam
iść, ani jak iść, nie wiem kto będzie mi pomagał, a kto
zagrażał.. Ale spoko luz, dostarczę pierścionek tam gdzie trzeba.
Spojrzałem na czarodzieja I nagle w głowie zaświtała mi genialna
myśl.
- Ej, chwilunia skoro ty jesteś
superekstra magiem to weź sobie mój Pierścień I róbta
z nim co chceta.
- Nie mogę. Nie dlatego, że nie
chce, lecz dlatego, że gdyby Pierścień mnie “opętał” to
losy wszystkich stanęłyby pod wielkim znakiem zapytania.[Jakby już
teraz tak nie było] - odparł. - A teraz muszę już iść. Do
zobaczenia – miejmy nadzieję niedługo. Pamiętaj:Nikomu nie ufaj
I nigdy nie podawaj swojej prawdziwej tożsamości. Nieprzyjaciel
wie o tobie więcej niż cię się wydaje. Od dziś nazywasz się:
Frodo Baggins. I nigdzie nie zatrzymuj się bez potrzeby: czas gra,
niestety, na twoją nie korzyść. Ufam, że trafisz do celu cały
I zdrowy. A teraz żegnaj!
I tak sobie po prostu zniknął.
- No, nieźle. Bo to, jak mnie opęta
to nie będzie żadnego problemu! - szepnąłem wściekły. - Jestem
sobie tylko małym hobbitkiem! Co ja mogę?
- Z naszą pomocą dużo. - wtrącił
Grover, który pojawił się ni stąd ni zowąd. - Wraz z Nico
i Tysonem idziemy z tobą.
- A macie mapę czy coś? -
spytałem.
Nico posłał Groveroi jakieś dziwne,
pytające spojrzenie. Grover chciał coś odpowiedzieć, lecz wtedy
usłyszeliśmy donośny tupot. Ktoś nadchodził. Wstrzymaliśmy
oddechy. Nico po cichu wycofał się w cień drzew. I wtedy go
ujrzeliśmy. Czarnowłosy, wyszedł z cienia I krzyknął:
- No w końcu, Tysonie! Już myśmy
myśleli, że nie przyjdziesz.
Chciałem coś dodać. W końcu Tyson,
niósł na plecach duży plecak, a w jednej dłoni trzymał
jakiś worek ( przypomniał worek po ziemniakach), a przez drugie
ramie miał przerzucony tobołek. Na głowie miał śmieszny,
farmerski kapelusz. Wyszliśmy mu naprzeciw. Pierwszy odezwał się
Grover:
- Skąd ty tego tyle
wziąłeś? Mówiłem – masz się zmieścić w plecaku!
Miałeś wziąć koce, prowiant I wodę!
- Wziąłem twoje piszczałki, koce,
krzesiwo, kilogram ziemniaków, trochę liści mięty na
herbatkę, klopsiki w słoiku[Do dziś nie wiadomo, skąd on takowe
wziął. Swoją drogą - były spleśniałe.], no oczywista trochę wody, karty, nożyczki, 4
kredki:białą,różową, czerwoną, zieloną i mojego
pluszowego zielonego pegaza – odpowiedział I dodał. - No, co nie
można zabrać, przytulanki?
Nico posłał mu wrogie spojrzenie.
- A o mapie to nie pomyślałeś?
Pewnie dodał by coś jeszcze, gdybym
nie uciął tej gadki pytając:
A jak ty się tak szybko
spakowałeś?
- Widzisz... Gdy ty spałeś ten
czarodziej, kazał nam się spakować. - oznajmił Grover. - Ale
wiesz ciekawość nie zna granic i wszystko zwaliliśmy na Tysona, a
sami podsłuchaliśmy waszą rozmowę... Chyba musimy już iść, co
nie? Zastanawia mnie tylko co się stanie z naszymi grzybami...
Najpierw odciążyliśmy trochę
Tysona. Mnie przypadł tobołek. Po kilku minutach wyruszyliśmy.
Niewiele mówiliśmy. Powoli zaczynało się robić coraz
jaśniej. Wiedziałem, że nie ma nawet jeszcze piątej. Nasza droga
była bardzo nudna, nie było żadnych rozstajów tylko cała
masa zakrętów. I wszędzie były drzewa. Drzewa, wszędzie
drzewa! To chyba musi być las... Chociaż jest jeden plus: ten
niezwykły zapach lasu.
Chciało mi się spać, patrząc na
Grovera, zdawało mi się, że mu również. Spaliśmy może z
cztery godziny. To zdecydowanie za mało. Ale Tyson zdawał się tego
nie odczuwać, niemal biegł z przodu rozmawiając ze swoim
pluszakiem. Zaś Nico powolnym krokiem, szedł z tyłu, nic nie
mówiąc. Ja też się nie odzywałem, ale z innego powodu,
albowiem cały czas ziewałem. Oczy mi się kleiły, a nogi odmawiały
posłuszeństwa.
Weźmy zróbmy pooostój.
- powiedziałem ziewając. Grover poparł moją propozycję.
Nico rozejrzał się wokoło, jakby się
nad czymś zastanawiał. Natomiast Tyson słysząc o postoju –
zszedł na prawo I zrobił kilka kroków w stronę wielkiego
dębu. Zrzucił swój “bagaż” I położył się pod
wielowiekowym drzewem. Grover uczynił to samo, ja również
postanowiłem ułożyć się do snu, lecz gdy zdejmowałem z ramion
mój tobołek, Nico dotknął mojego ramienia I powiedział:
- Ktoś nas śledzi. Powinniśmy
stąd uciekać.
Odwróciłem się w jego stronę
I spytałem:
- A masz pewność, czy to tylko
przeczucie?
W milczeniu skierował się w stronę
drogi. Niemal słyszałem jak mówi:Jeszcze tego pożałujesz.
____________________________
* Wiadomo, tekst pochodzi z WP
______________________________
Nwm co napisać. Ten rozdział jest taki nijaki. Miejmy nadzieję, że kolejny będzie ciekawszy.
Kłania się nisko
KAszmirowa

Trudneeeeeeeeeee Sprawy xD
Przyznać się kto ogląda? :D
