poniedziałek, 13 lipca 2015

Rozdział II

Rozdział II
(Nie) gościny gościniec i jego goście, czyli hobbity wpadają w kłopoty
Percy? - Do moich uszu dobiegł z oddali jakiś ciepły,przyjazny głos.

- Poddaj się... Wiem gdzie jesteś.- Czułem, jakby głowa miała mi zaraz wybuchnąć. Jeśli to miał być śmiech, to nie chce wiedzieć, jak brzmi jego płacz. - Ja nigdy nie płaczę.
- Mógłbyś dać mi spokój? - spytałem, czując się jak mysz błagająca kota o litość.
- Oczywiście, Perseuszu. Oczywiście. - odparł.

Wielkie oko, które poniekąd przypomniało kocie oko, po raz kolejny zaczęło wpatrywać się we mnie, jakby chciało mnie zabić. Swoją drogą, ludzie często mówią, że ktoś zabija wzrokiem. Ale chyba mówiąc to, nie zdają sobie nawet sprawy, że istnieją takie spojrzenia, które naprawdę mogą zabić. To właśnie takie było - pełne nienawiści, determinacji i prawdziwego zła...
I nagle obraz się urwał.
Nigdy, prze nigdy nie cieszyłem się tak z otaczających mnie ciemności. Miałem zamknięte oczy, lecz bałem się je otworzyć. Bałem się również trwać dalej w tym mroku, w końcu Oko znów mogło mnie dopaść. Ze zdziwieniem zauważyłem, że palec na, którym nosiłem pierścień, już nie bolał. Czyżbym go zdjął? Otworzyłem oczy. Sięgnąłem do kieszeni, gdzie powinien być, jeśli bym go schował. Z przerażeniem stwierdziłem, że nie ma go tam. Zerknąłem do drugiej kieszeni – tylko garść papierków, suchych liści i nic więcej. Zerwałem się z posłania i rozejrzałem się wokoło. Odetchnąłem z ulgą – był koło mojego koca. Uważnie przeczesałem wzrokiem okolice. Jeszcze nie świtało, ale pojawiła się już poranna mgła, a niebo powoli jaśniało. Teraz przybrało granatowy odcień. Wszyscy jeszcze spali, szybko schowałem pierścień do kieszeni. Z oddali dochodziło do mnie rżenie konia. To było naprawdę dziwne, ponieważ wszyscy hobbici poruszali się tylko i wyłącznie pieszo. W końcu na 7-dniową wyprawę ( z czego 4 dni to była nużąca wędrówka ) nie trzeba zabierać za wiele.

- Perseusz Jackson jak mniemam? - spytał ten sam przyjazny głos.

Podskoczyłem i odwróciłem się. Z tyłu za mną stał facet w średnim wieku. To pewnie jego koń. Prawdopodobny właściciel zwierzęcia był znacznie wyższy ode mnie, wzrostem mógł przerastać nawet niektórych ludzi, choć tych niewielu widziałem. W jego brązowych oczach widać było łobuzerskie ogniki. Włosy miał ciemne, gdzieniegdzie siwe. Poza tym miał gęsty zarost na brodzie.
Ciekawostka roku:
Czy wiedzieliście, że w męskim zaroście jest więcej zarazek niż w toalecie?
Chyba, wolelibyście tego nie wiedzieć. Wracajmy do tematu...

- Moja mama pana wezwała? - spytałem przerażony. Po czym zganiłem się w myślach:Trzeba było spytać jak ma na imię i czego chce. Ach.. Percy, Percy ty nic nie wiesz o życiu. Zginiesz we własnym domu, ot co.

Moja matka była bardzo dobra i troskliwa. Czasem nawet za bardzo. To właśnie tak ( jak już chyba wspomniałem) poznałem Grovera. Choć był w moim wieku, moja matka wynajęła go, aby robił mi za opiekunkę. Ku mojemu początkowego niezadowoleniu zgodził się, ponieważ – jak sam powiedział - z powodu swoich nazbyt owłosionych nóg, nie miał zbyt wielu znajomych, zawsze był wyrzutkiem i odludkiem. Był to dla niego szansa, dla mnie z początku kara. Z czasem, jednak staliśmy się kumplami. Jednak wizja kolejnej niańki niezbyt mi przypadła do gustu, ponieważ ten mężczyzna był znacznie starszy.
Nieznajomy w szarej opończy, wybuchł śmiechem.

- Odwiedzałem kiedyś twoją matkę i wiem, że bardzo się o ciebie troszczy, jednak zapewniam cię, że żadne obietnice nie byłby w stanie zachęcić mnie do opieki nad jakimkolwiek dzieckiem. Zbyt duże to byłoby ryzyko. - odparł.
- Dla pana czy dziecka? - spytałem. Dopiero po wypowiedzeniu słów, zrozumiałem, że to mogło zabrzmieć niegrzecznie.
- Dla świata. - odparł. Dosłownie opadła mi szczęka.
- A to pan jakimś królem jest?
- Jam jest Chejron Szary. Czarodziej. Jeden z Rady Mędrców. Mógłbym wymieniać dalej, ale i tak niewiele z tego zrozumiesz... - odpowiedział. A ja dopiero co zebrałem szczękę z podłogi...
- A co ktoś tak wielki jak pan robi tutaj?

Rozejrzał się, jakby to była jakaś wielka tajemnica i uważnie przyjrzał się jednej z hobbitek, która właśnie przewracała się na drugi bok. Gestem ręki pokazał, bym poszedł za nim.Wziąłem ze sobą koc i sprawdziłem czy Pierścień wciąż znajduje się w mojej kieszeni.Weszliśmy na drogę. Szliśmy w ciszy aż w końcu odważyłem się zapytać:

- Pan, to pewnie jakiś wielki czarodziej? Co kogoś takiego tu sprowadza? Z pewnością nie zbieranie pieczarek.
- Po pierwsze: wcale nie wielki. Są potężniejsi ode mnie. - Otworzyłem usta by zadać kolejne pytania. - Uprzedzając kolejne pytanie – najsilniejszym z czarodziei jest Kronos. - I widząc moją minę dodał: O nim potem. Teraz powiedź mi Percy, jak dojść do Jeleniska? - Wzruszyłem ramionami w geście niewiedzy. - A do Starego Lasu? Albo do Hobbitonu? A jak dojść stąd do domu? To co ty wiesz?
- Wiem, że nic nie wiem.-odpowiedziałem <uwaga, mądre słowo> Sen-ten-cjo-nal-nie.

Czarodziej nie wyglądał na zadowolonego. Zmarszczył brwi – jakby próbował sobie coś przypomnieć.

- Głupio zrobiłeś, że wziąłeś ten... – tutaj na chwilę przerwał. – skarb. Teraz Nieprzyjaciel łatwo cię odnajdzie, jednak jeśli wyruszysz teraz, to może zyskasz nad nim przewagę. Obawiam się, jednak że bez pomocy innych nie dasz sobie rady.
- Po co miałby mnie szukać? Jaki Nieprzyjaciel? Jaki Pierścień? - zadałem masę pytań I dodałem. - Ja nic o żadnym pierścieniu nie wiem.

Chejron posłał mi smutny uśmiech:

- A więc Kronos się nie mylił. To ty go masz .
- Mówiłem, ja nic o żadnym Pierścieniu nie wiem. - powiedziałem I dodałem poprawiając koc. - Żegnam. Idę spać.
I odwróciłem się od niego, zacząłem powolnym krokiem, iść w stronę obozowiska.
- Tylko wiesz, Percy, ja nic nie mówiłem, o żadnym Pierścieniu. - oznajmił czarodziej. Zatrzymałem się. - Nie wiem czy kiedyś to słyszałeś:

Trzy Pierścienie dla królów elfów pod otwartym niebem,*
Siedem dla władców krasnali w ich kamiennych pałacach,
Dziewięć dla śmiertelników, ludzi śmierci podległych,
Jeden dla Władcy Ciemności na czarnym tronie
W Krainie Mordor gdzie zaległy cienie,
Jeden, by wszystkimi rządzić, Jeden, by wszystkie odnaleźć,
Jeden, by wszystkie zgromadzić i w ciemności związać
W Krainie Mordor, gdzie zaległy cienie

- Aaa to – mruknąłem i odwróciłem się w jego stronę. - Taaak wiem, a raczej zgaduję, to jakaś prastara straszliwa rymowanka, która musi zostać spełniona, bo nasz świat zrobił – łubudu i KONIEC. Ale żeby było tragiczniej to przepowiednia wybiera se wybrańców, którzy muszą zrobić coś tak groźnego, że wszyscy na milion procent umrą, ale ostatecznie przeżyją. No i ogólnie jest mrhocznie i niebezpiecznie. Jak w książkach.
Mędrzec spojrzał na mnie z politowaniem.
- Chciałem wytłumaczyć ci o co w tym wszystkim chodzi, ale zdaje mi się, że nie za wiele zrozumiesz... W każdym bądź razie – musisz zapamiętać by NIGDY więcej nie używać Pierścienia! To może sprowadzić na nas wszystkich wielkie nieszczęście.
- Jeden Pierścień by aferę wywołać.- sparodiowałem jeden wers uroczej rymowanki.
- Widzę, że nie doceniasz wroga. To duży błąd, Perseuszu. Otóż widzisz początek historii tego Pierścienia sięga dalszych czasów, niż mógłbyś to sobie wyobrazić. Został on stworzony przez Saurona, w Ogniu Góry Przeznaczenia. Wlał w niego całe swoje okrucieństwo. Podczas bitwy z Ostatnim Przymierzem, Isildur [Jakbym ja miał wiedzieć o kogo chodzi... ] Jakby ci to opowiedzieć byś zapamiętał... No, więc Isildur pękniętym mieczem, swojego ojca [ jestem przykładny narrator – do dziś nie pamiętam nie istotnego imienia, ojca nie istotnego bohatera] odciął mu palec na, którym nosił Pierścień...
Skrzywiłem się. I mruknąłem:Urocza, historia.
Wielu próbowało, go przekonać, by go zniszczył, ponieważ Pierścień to główne źródło mocy Nieprzyjaciela. - ciągnął dalej.- Ale on nie miał zamiaru niszczyć Pierścienia. Uważał, że Pierścień mu się należy, że jest jego... „Skarbem” [gdzie ja to już słyszałem?]Pewnego razu wpadł wraz z swoim oddziałem w zasadzkę orków na Polach Gladden. [Gdzie to?] W desperacji rzucił się do rzeki, a strzały orków go dopadły. [Cudowne.] Od tamtego czasu słuch o Pierścieniu zaginął, by po wielu wiekach znów zrobiło się o nim głośno, gdy pewien mały hobbit zamiast szukać pieczarek, odnajduje OGROMNE problemy.
- Jakie tam, problemy? - spytałem podchodząc do sprawy na luzie. - Mogę go zniszczyć nawet w tej chwili.
Po tych słowach, wyjąłem Pierścień z kieszeni. Jakby go tu zniszczyć? Nie. Lepiej tego nie robić.
Chwila. Co ja mówię?! Mogę, go zniszczyć, mogę to zrobić,mogę, naprawdę go nie potrzebuję i mogę go zniszczyć. Nie. To nie ma sensu. Ja nie mogę tego zrobić.
Czarodziej spojrzał na mnie I zmarszczył brwi.
- Widzisz? Nawet teraz masz problem z samą myślą o zniszczeniu go. A już nie mówiąc o zrobieniu tego. - stwierdził I dodał. - Musisz wiedzieć, że Pierścienia nie da się stopić w ogniu, nie da się też go zniszczyć przy pomocy siły. Jednym sposobem, by go zniszczyć to wrzucić go do ognia, w którym powstał. - powiedział i oznajmił zmieniając temat - Poza tym, gdybyś był trochę bardziej uważny, wiedziałbyś, że przez las, w którym jesteś przebiega Wielki Wschodni Gościniec. I ta właśnie droga doprowadzi cię do Rivendell. [yyy. Co? ] Jednak lepiej by było, gdybyś nie chodził znanymi ścieżkami. Ale cóż czynić, skoro ty to ty! Obawiam się, że nawet na prostej ścieżce się zgubisz.- podsumował Chejron. - Czas mnie goni, lecz nie obawiaj się, odnajdę cię w gospodzie:”Pod rozbrykanym kucykiem” - w miasteczku Bree. Czekaj tam na mnie, a po drodze nie rozmawiaj z nikim obcym. Czy to nie będzie dla ciebie zbyt trudne?
Pokiwałem głową. Co to dla mnie. Nie wiem o co w tym wszystkim chodzi, nie wiem co mam zrobić, gdzie mam iść, ani jak iść, nie wiem kto będzie mi pomagał, a kto zagrażał.. Ale spoko luz, dostarczę pierścionek tam gdzie trzeba. Spojrzałem na czarodzieja I nagle w głowie zaświtała mi genialna myśl.
- Ej, chwilunia skoro ty jesteś superekstra magiem to weź sobie mój Pierścień I róbta z nim co chceta.
- Nie mogę. Nie dlatego, że nie chce, lecz dlatego, że gdyby Pierścień mnie “opętał” to losy wszystkich stanęłyby pod wielkim znakiem zapytania.[Jakby już teraz tak nie było] - odparł. - A teraz muszę już iść. Do zobaczenia – miejmy nadzieję niedługo. Pamiętaj:Nikomu nie ufaj I nigdy nie podawaj swojej prawdziwej tożsamości. Nieprzyjaciel wie o tobie więcej niż cię się wydaje. Od dziś nazywasz się: Frodo Baggins. I nigdzie nie zatrzymuj się bez potrzeby: czas gra, niestety, na twoją nie korzyść. Ufam, że trafisz do celu cały I zdrowy. A teraz żegnaj!
I tak sobie po prostu zniknął.
- No, nieźle. Bo to, jak mnie opęta to nie będzie żadnego problemu! - szepnąłem wściekły. - Jestem sobie tylko małym hobbitkiem! Co ja mogę?
- Z naszą pomocą dużo. - wtrącił Grover, który pojawił się ni stąd ni zowąd. - Wraz z Nico i Tysonem idziemy z tobą.
- A macie mapę czy coś? - spytałem.
Nico posłał Groveroi jakieś dziwne, pytające spojrzenie. Grover chciał coś odpowiedzieć, lecz wtedy usłyszeliśmy donośny tupot. Ktoś nadchodził. Wstrzymaliśmy oddechy. Nico po cichu wycofał się w cień drzew. I wtedy go ujrzeliśmy. Czarnowłosy, wyszedł z cienia I krzyknął:
- No w końcu, Tysonie! Już myśmy myśleli, że nie przyjdziesz.

Chciałem coś dodać. W końcu Tyson, niósł na plecach duży plecak, a w jednej dłoni trzymał jakiś worek ( przypomniał worek po ziemniakach), a przez drugie ramie miał przerzucony tobołek. Na głowie miał śmieszny, farmerski kapelusz. Wyszliśmy mu naprzeciw. Pierwszy odezwał się Grover:

- Skąd ty tego tyle wziąłeś? Mówiłem – masz się zmieścić w plecaku! Miałeś wziąć koce, prowiant I wodę!
- Wziąłem twoje piszczałki, koce, krzesiwo, kilogram ziemniaków, trochę liści mięty na herbatkę, klopsiki w słoiku[Do dziś nie wiadomo, skąd on takowe wziął. Swoją drogą - były spleśniałe.], no oczywista trochę wody, karty, nożyczki, 4 kredki:białą,różową, czerwoną, zieloną i mojego pluszowego zielonego pegaza – odpowiedział I dodał. - No, co nie można zabrać, przytulanki?

Nico posłał mu wrogie spojrzenie.

- A o mapie to nie pomyślałeś?

Pewnie dodał by coś jeszcze, gdybym nie uciął tej gadki pytając:

A jak ty się tak szybko spakowałeś?
- Widzisz... Gdy ty spałeś ten czarodziej, kazał nam się spakować. - oznajmił Grover. - Ale wiesz ciekawość nie zna granic i wszystko zwaliliśmy na Tysona, a sami podsłuchaliśmy waszą rozmowę... Chyba musimy już iść, co nie? Zastanawia mnie tylko co się stanie z naszymi grzybami...

Najpierw odciążyliśmy trochę Tysona. Mnie przypadł tobołek. Po kilku minutach wyruszyliśmy. Niewiele mówiliśmy. Powoli zaczynało się robić coraz jaśniej. Wiedziałem, że nie ma nawet jeszcze piątej. Nasza droga była bardzo nudna, nie było żadnych rozstajów tylko cała masa zakrętów. I wszędzie były drzewa. Drzewa, wszędzie drzewa! To chyba musi być las... Chociaż jest jeden plus: ten niezwykły zapach lasu.
Chciało mi się spać, patrząc na Grovera, zdawało mi się, że mu również. Spaliśmy może z cztery godziny. To zdecydowanie za mało. Ale Tyson zdawał się tego nie odczuwać, niemal biegł z przodu rozmawiając ze swoim pluszakiem. Zaś Nico powolnym krokiem, szedł z tyłu, nic nie mówiąc. Ja też się nie odzywałem, ale z innego powodu, albowiem cały czas ziewałem. Oczy mi się kleiły, a nogi odmawiały posłuszeństwa.
Weźmy zróbmy pooostój. - powiedziałem ziewając. Grover poparł moją propozycję.
Nico rozejrzał się wokoło, jakby się nad czymś zastanawiał. Natomiast Tyson słysząc o postoju – zszedł na prawo I zrobił kilka kroków w stronę wielkiego dębu. Zrzucił swój “bagaż” I położył się pod wielowiekowym drzewem. Grover uczynił to samo, ja również postanowiłem ułożyć się do snu, lecz gdy zdejmowałem z ramion mój tobołek, Nico dotknął mojego ramienia I powiedział:

- Ktoś nas śledzi. Powinniśmy stąd uciekać.
Odwróciłem się w jego stronę I spytałem:
- A masz pewność, czy to tylko przeczucie?

W milczeniu skierował się w stronę drogi. Niemal słyszałem jak mówi:Jeszcze tego pożałujesz.
____________________________

* Wiadomo, tekst pochodzi z WP
______________________________
Nwm co napisać. Ten rozdział jest taki nijaki. Miejmy nadzieję, że kolejny będzie ciekawszy. 
Kłania się nisko 
KAszmirowa

Trudneeeeeeeeeee Sprawy xD
Przyznać się kto ogląda? :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz